2017 w polskich płytach (A)

Non-mainstream, czyli rzeczy mniej znane (ale przeze mnie częstokroć bardziej słuchane). Chyba nic z tego się nie załapało do poważnych podsumowań roku ™. Więc ja popromuję…
W tym roku niestety nic mnie nie rozjebało, w sensie że słuchałem jakiejś polskiej płyty bardzo intensywnie. Stąd kolejność alfamagiczna.


ARRM, Lonker See – Split

Split nadziei polskiej… No kurwa w sumie nie wiem czego. Neo-psychodelii? Muzyki transowej? Chuj wie.
Odnośnie ARRM w zeszłym roku na poważnie, za innymi źródłami pisałem, że „śląscy metale”. A to kurwa zespół z Sosnowca. Totalny blamaż z mojej strony. Za takie rzeczy można dostać w Dąbrowie sztachetą z płotu. Tak więc: ZAGŁĘBIOWSCY kurwa post-metale.

ARRM na Ninie

Lonker See to zdaniem czołowych polskich blogerów (tj. na pewno mnie i Protomarcina) czołowy obecnie polski zespół koncertowy. Na razie nie byli na Ninie. Ale gdzie indziej bywają:


Kapela Maliszów – Wiejski dżez

Druga płyta Maliszów. Jakoś się nie załapała do podsumowań, w odróżnieniu od debiutanckiej.
Na szczęście ja się nie znam, więc mnie się podoba.
Podobnie jak w przypadku De Pau poniżej, widać różnicę w stosunku do innych „kapel” z żenru.
Przykładowo, taka Kapela ze wsi Warszawa to świetni muzycy, starzy wyjadacze, herosi „folku”… Ale KzwW niekoniecznie gra „muzykę ludową”. Interpretuje, nawiązuje, ale to nie są „grajkowie”. A Kapela Maliszów to zupełnie co innego. Jak sami pisali: „We don’t play traditional music, we are tradition”.


W sumie nie dziwota, że Polaków kręci teraz revival muzyki neotradycyjnej, ale raczej „miejskiej” i/lub „tanecznej” (Tęgie Chłopy, Warszawska Orkiestra Sentymentalna, Jazz Band Młynarski-Masecki), niż takiego korzennego rozpierdolu, jak u Maliszów. Wieś, to – jak wszystkim Polakom wiadomo – wieś. Ale może kiedyś rodacy jednak wrócą do swoich prawdziwych źródeł kulturowych. Jak to klasyk mawiał: „prawda was wyzwoli”.

A odnośnie wspomnianych niżej kontrowersji, to może trochę się zniżę intelektualnie.
Otóż, czy można Maliszów porównać z Beethovenem? Nie mam pojęcia.
Ale można w prosty, logiczny sposób dowieść, ze Hartman błądzi:

1) Jeśli krytykujesz PR2 za gwałcenie elitarnych słuchaczy muzyką ludową, co jest oczywiście elementem „neokonserwatywnej kontrrewolucji przeciwko pozycji Polski w Europie”, itp. (bo wszystko musi mieć kurwa drugie dno), to automatycznie krytykujesz też Kapelę Maliszów (neokatofaszyści z PR2 współprodukowali płytę).
2) Jeśli krytykujesz Maliszów, to automatycznie krytykujesz Zuzę:

3) Jeśli krytykujesz Zuzę, to nie ma opcji…. Jesteś gejem.

CBDU

Dziękuję za uwagę. 😀

A poważnie, to odnośnie wywodów Hartmana można zacytować Frantza, z okresu jak jeszcze się nie bał islamizacji Europy ™ :


Lonker See – Lonker Seessions & Live At Pijana Czapla


Trójmiejska Scena Psychodeliczna? Nie wiem, ale koncert w Re mi się bardzo podobał, a i płyty słuchałem sporo. I na pewno będę do niej wracał.
Fakt, że „nagrania studyjne nie w pełni oddają fenomen zespołu”, ale chuj.


Lost Education – Book Of Dreams

Jak bym miał wskazać na liście jedną płytę… Ale w sumie po co.
Po 2016 krytykowałem Lado za uwiąd, w zeszłym wydali co najmniej dwie (bardzo) dobre płyty.

Szamburski & Zakrocki, czyli tzw. SzaZa, dokooptowali Hannę Piosik, i… Nagrali płytę, będącą muzyczno-tekstową interpretacją ostatniego tforu literackiego Williama S. Burroughsa. To był dopiero koleś. Jak czytałem wywiad Wróblewskiego z Cronenbergiem, to zwracał uwagę ewidentny respect dużego kosmity (Dave), do jeszcze większego kosmity (Will).

Niepokojąca, mroczna muzyka (wiem, jadę Grejem), ze świetnymi wokalami Hannah. Środowisko Lado ma naprawdę szczęście do zdolnych wokalistek: Olga, JHS, Candi (obecnie ein Berliner), HP. Że o Piotrze Zabrodzkim nie wspomnę.


Jacek Świąder coś się wprawdzie brąchał:

Poczynania Pawła Szamburskiego i Patryka Zakrockiego są tu imponujące – od muzyki kameralnej, przez jazz, po okolice hip-hopu. Jest tak dobrze, że Lost Education – aż głupio o tym pisać – mogłoby się obyć bez głosu Hanny Piosik.

?

Język angielski paradoksalnie utrudnia dotarcie do sedna, zmniejsza zaangażowanie słuchacza.

??

Nie chciałbym się wywyższać, ale komu utrudnia, temu utrudnia. Wg mnie tu się należy dodatkowy szaconek za wykorzystanie wokalu jako kolejnego instrumentu, który „gra” praktycznie cały czas. I absolutnie się nie nudzi.


New Cage – Wszystko jutro

Dżoena Halszka-Sokołowska oraz Bartholomew Tyciński grają Jasia Kasę oraz klimaty post-gotówkowe.
Czasem jest szybciej, czasem wolniej, ale zawsze klimatycznie i… Inaczej.
Tego albumu też sporo słuchałem…


Przyzwoitość – Przyzwoitość w czasie rzeczywistym

W sumie strach pisać, bo nie wiadomo jak zareaguje Pan Mietek, największy fan Przyzwoitości.

Dwuutworowy album z gatunku elbląskiej poezji śpiewanej.
Napisałbym że „powrót do formy”, ale co, jeśli to są odrzuty ze starych sesji?
Napisałbym że „powrót do gitary” i że bardziej mi się podoba, niż „okres elektroniczny”, ale co ja się tam kurwa znam na home-recordingu…

Tekstowo jest na pewno bardzo dobrze, czyli wybitnie panczlejnowo, a ja dobre punche lubię jak Patyczak małe cycki.
A poważnie, takie rzeczy chyba świadczą o „byciu poetą”, i to nieważne, czy autor to sam wymyśla, czy kradnie z otoczenia (vide np. Świetlicki odnośnie „w moim domu nie ma problemu z alkoholem”). Ale co ja się tam znam…


The Pau – Ku

Pank nie umarł, proszę pań.

W plebiscycie Gazety głosowałem wprawdzie na Lor (a i tak podobno wygrała jakaś Rozalia ze swoim r’n’b), bo legitymacja fanklubu Julki Błachuty z nr 2 zobowiązuje, ale Paulina byłaby oczywistym second choice. Znaczy nie Sumera, tylko Dudek. Na Sankach. No rozumiecie. 😕

Kilka zespołów próbowało ostatnio nawiązać do prostego punka, czy nawet tzw. punko-polo. Problem is, takie Gówno czy Poradnia G. to jednak stylizują się na punk-rocka. Czyli panowie by chcieli, ale jednak trochę się boją. Albo im różnie wychodzi (art-punk?).
A Patrycja po prostu gra punk-rocka (plus a little bit of elektronika), ot tak sobie. Get teh difference?

Uwagę zwracają po pierwsze inteligentne, świetne literacko, choć lapidarne teksty. Dużo nawiązań do klasyki polskiego punka oraz potyczek z Kościołem, błogosławioną katolicką opoką naszego wspaniałego i jedynego na świecie Narodu. No i świetne punche, nie tylko klasyczne już „system się rozjebie, gdy nie będzie w nim ciebie”.
Bardzo mi się też podobają klipy, bo ciekawie zrobione i każdy inaczej:




2017 a pank wciąż nie umar…


Bogus

W 2018 nastawiam się m. in. na dalszą feminizację polskiego indie:




Ale wszystko wyjdzie nomen omen w praniu… 😉

2017 w polskich płytach (B)

„Mainstream” niezalu, czyli rzeczy bardziej znane. Część się nawet załapała do oficjalnych podsumowań rocznych ™.

Linki do materiałów na ogół w komentarzach na YouTube (Instant Classic słyszał o promocji).


Alameda Duo – The Luminous Guitar Craft

Kuba Jakub Ziołek i Mikołaj Zieliński go acoustic. Podobno inspiracja „muzyką grecką i amerykańskim prymitywizmem”, ale ja się nie znam. Do podsumowań nie weszło, czyli chyba za mało przesunięć fazowych?


An On Bast – Neuroplastic Brain Fitness


Ostatnia ja dotąd duża płyta Anki Sudy. Wspominałem o niej jeszcze w zeszłym roku. Ostatnio robię sobie przegląd dyskografii Anki, ale że jestem dopiero w okolicy EPek 2012/13 to do tej płyty wrócę dopiero za jakiś czas…
Generalnie muzyka Anki to jest to cały czas elektro (czy jak to się mówiło w latach 90-tych: „techno”), ale praktycznie każdy materiał jest inny (taneczny, krautrockowy, minimalowy, itd.).


An On Bast – Welcoming The Sun

Ostatni produkt Anki, czyli EPka wydana w Chinach. Wychodzi na to, że jak ma cię słuchać 1% społeczeństwa, to lepszy 1% z 1,4 mld niż z 36 mln. 😦


BNNT – Multiverse

Konrad Smoleński i Daniel Szwed grają… Motorycznie? Na szanujący się minimal dużo za głośne. 😀 Enyłej, figure your shit adjectives out!


Kapela ze Wsi Warszawa – Re:akcja mazowiecka

Nowa płyta Kapeli, tym razem wracającej w rodzinne strony i do swoich ziomali. Kolejny „zakręt artystyczny”, czyli inne podejście do robienia muzyki, niż na poprzedniej płycie. Profesor Hartman byłby zachwycony… Jeszcze nie zdążyłem za bardzo obsłuchać, bo niedawno wyszło.

No i ktoś chyba kurwa o promocji zapomniał, bo ani Jutuba, ani klipu, ani nic. Pocztą pantoflową to wypada się promować debiutantom. Chyba że info na głównej Serpent.pl już wystarcza…

Klipy do poprzedniej płyty:



Lotto – VV

Moi zeszłoroczni ulubieńcy tym razem nieco odeszli od „przesunięć fazowych” a nawet momentami grają wolną, transową, ale jednak muzykę.
Za karę nie wygrali podsumowania na bihajpie. 😦


Melatony – Melatony

Hubert Zemler tym razem gra… No momentami to wręcz krautroka. Jestem w trakcie odsłuchiwania, nie będę się wymądrzał. Jak zwykle warto.


Merkabah – Million Miles

Nie jest tak ostro i głośno jak na poprzedniej płycie. Ale bardziej gęsto i momentami wręcz freejazzowo. Mniej metalu, więcej dżezu?


Raphael Rogiński – Plays Henry Purcell

Kolejni (Bółt), którzy nie słyszeli o promocji. Na szczęście reżimowa Ninateka dostarcza:

Rogiński i Purcell na Ninie

W zeszłym roku się jednak przeprosiłem z Raphaelem, po dwóch fantastycznych koncertach na Offie (solo oraz z panią Genowefą). Hasło „XVII-wieczny kompozytor angielskiego baroku” może specjalnie mnie nie ruszyło, ale „wokalnie udziela się na płycie Olga Mysłowska” to bardziej.
Piękna, nastrojowa muzyka, w sam raz na środkowoeuropejskie zimowe wieczory. Za jedyne 60 pln można sobie nabyć gustowny box z trzema ostatnimi płytami Raphaela.


Zimpel, Ziołek – Zimpel, Ziołek

Dwaj dżedajowie polskiego niezalu we wspólnym projekcie.

W komentarzach na YT trwa dyskusja, jak duże było to wydarzenie w dziejach Polish Indie Scene:

Pamiętajcie drogie dzieci: erudycja muzyczna podstawowym warunkiem zaruchiwania. 😆

Na szczęście zawsze można posłuchać i się przekonać samemu…


Uwagi ogólne:

Nic, tylko się cieszyć z różnorodności polskiej sceny. Sporo rzeczy, którymi się mądrzejsi recenzenci jarają (L.Stadt, Pablopavo, Jacaszek, Trupa Trupa, Kurwsi, Nagrobki), zupełnie mnie nie kręci.
Niektóre rzeczy jestem w stanie docenić za szczerość, czarny humor oraz poziom artystyczny:

Ale nie jest to kompletnie moja estetyka. Dla mnie hip-hop to wyrasta z funku, a nie z (post) komunistycznego blokowiska:

Pozdrawiam, chylę czoła, ale wolę słuchać czegoś innego. 😦

No ale mimo powyższych smętów, i tak zostaje do słuchania mnóstwo ciekawych płyt „polskich”. Tylko tak dalej.

2017 w polskich płytach (C)

Overground, czyli rzeczy znane nawet słuchaczom Trujki.


Hey – CDN



Przedhibernacyjne de best of Heja. Przegląd największych hitów w „rockowych” aranżacjach. Płyta (podobno) nagrana na setkę, z dwoma „ulubionymi” realizatorami zespołu (Leszek Kamiński i Marcin Bors), bez kombinowania i udziwnień.
Można się na nich krzywić ile wlezie (głównie chyba z uwagi na to, że odnieśli sukces, robiąc swoje), ale przez te 25 lat nagrali naprawdę sporo zajebistych piosenek.


Variete – Nie wiem

Zespół który dotąd nie nagrał słabej płyty, wreszcie nagrał słabszą płytę.
Muzycznie praktycznie nic nowego od poprzedniego materiału. Na minus fakt, że na ostatnich płytach były zawsze te 2-3 kawałki, trafiające w dychę (Chłopcy, Manhattan, Tarcza, Polska B – zresztą cali „Koloniści” byli bdb). A na tej praktycznie nic nie zapada w pamięć.
Tekstowo też nie jest dobrze. Kaźmierczak na ostatnich płytach czasem balansował na krawędzi grafomanii, a na tej jak dla mnie poetycko stracił równowagę. Niektóre wersy po prostu zgrzytają. No i część tekstów to tak naprawdę wariacje na temat tematów, poruszanych już na poprzednich płytach.
Uwiąd, panie, po stronie słuchacza na pewno. 😦


Voo Voo – 7


Wojtek jednak został ukąszony minimalem, czego się obawiałem w zeszłym roku. Jak dla mnie jest to zbyt smętne i mało „przebojowe”. Rozumiem, że klimat, jest to ładne i dobrze zrobione, ale ja przy tym zasypiam. Tekstowo też mnie to nie rusza, Wagiel Młodszy ostatnio wyraźnie przeskoczył Starszego w tym aspekcie (Karate, Skąd przybywasz, Sarny).


Tylko trzy płyty „popularne”, z czego jedna mi się podobała? Kurwa, niech mi ktoś zarzuci, że nie jestem indie! 😀

Meta podsumowanie

Inspirując się m. in. słowami Darka Pietraszewskiego: „W nadchodzącym roku życzyłbym wszystkim więcej […] krytycznych tekstów o polskiej scenie niezależnej i zjawiskach jej towarzyszących, zamiast recenzji samych albumów”, postanowiłem się trochę odnieść do rzeczy, które mnie w 2017 najbardziej ubawiły nie tyle w polskiej muzyce, ile w polskim pisaniu o muzyce.

Cytując Aptekę: „Może się obrazicie, ale z tego co naokoło widzę, to…”.

1) Kult nowości i oryginalności

Pisałem o tym below. Problem sygnalizują też np. Maciek Wirmański, Michał Turowski, Piotr Cichocki, czy w skrajnej formie sam Piasek polskiego niezalu 😀 , Jacob Ziolek. Czyżby dopadł ich (mnie też) uwiąd starczy?

Czy na pewno muszę być „na czasie” z nowościami? Czy może w pewnym wieku już można być inż. Mamoniem?
Czy na pewno oryginalność artysty jest kluczowa? A może tzw. „szczerość” / „uczciwość”? A może jednak podstawą wszelkiej sztuki jest dobre rzemiosło?

Trochę o tym smęcę na Zbędniku: można próbować być wielkim artystą filmowcem czy literatem, ale bez dobrego scenariusza i sprawności technicznej (reżyseria, montaż, zdjęcia) czy w przypadku literatury sprawnego posługiwania się językiem, z tej całej „sztuki”, zaangażowanej czy nie, nic nie będzie. W muzyce jest niby inaczej (vide muzyka ludowa, punk czy inne HaHa), ale… Wszystko przecież zależy od liczebności i jakości publiki.

Jednego kręcą Avengersi, a innego Haneke.
Dla jednych „rozrywkowa” lektura to Dan Brown, dla innych Justyna Bargielska czy Stanisław Lem. A innych kręci tylko Proust.

Czyli od pewnego elitaryzmu nie uciekniemy. Który też ma swoje problemy, vide niżej.

2) Elitaryzm

Z mocno hermetycznych zainteresowań fellow blogerów polewam praktycznie cały czas. Oczywiście z dużym przymrużeniem oka, ale jednak coś tutaj jest chyba na rzeczy.

Ktoś musi zwykłym prolom robić edukację artystyczną. Jeśli w szkole nie ma plastyki, muzyki, sensownej literatury, to ludzie z niskim kapitałem kulturowym nigdy nie skumają, że szyldoza jest be, że istnieje inna muzyka niż disco polo czy rap patriotyczny. O czytelnictwie prasy i książek nie wspomnę. A część ludzi z wysokim tymże kapitałem, przepierdala go dokumetnie, vide najbardziej znany Adrian i jego środowisko.
Cytując za Polityką i CBOSem: W 2016 r. jedynie 7% Polaków posiadało czytnik ebuków (komórę 95%, telewizor „z płaskim ekranem” 86%), przy czym 82% badanych tłumaczyło, że takie urządzenie nie jest im do niczego potrzebne. Jedynie 42% respondentów deklarowało posiadanie zbioru co najmniej 50 książek (spadek o 10 p.p. w ciągu 10 lat).
Sorry bros & sisters, ale albo coś zrobimy z edukacją, albo możemy mieć problem nie tylko z kulturą czy gospodarką (innowacyjność i pułapka średniego rozwoju), ale w ogóle z przetrwaniem jako… NARÓD? Biała rasa? Whathaveya. 😦

Bartek Chaciński sprawę stoicko diagnozuje, a jest przecież dziennikarzem drugiego najpopularniejszego tygodnika w Polsce (po Gościu Niedzielnym). Tyle, że nakład Polityki to średnio około 114 tys. egzemplarzy tygodniowo. Na 38 mln luda. Czyli jego i koleżanek / kolegów teksty to przekonywanie przekonanych, a nie edukacja.

Nie jestem może totalnym pesymistą, ale diagnozy „Ostatecznego krachu ludzkości” autorstwa m. in. Agaty Bielik-Robson (Lem czy Edelman mieli to samo) zaczynają coraz bardziej do mnie trafiać.

A „elita” zajmuje się dyskusjami, czy muzyka ludowa może dorównać muzyce poważnej.
Przypomina mi to dyskusje o przewadze artystycznej metalu (Iron Maiden) nad punk rockiem czy innym grandżem (nie grają solówek). Jak się autor na czymś nie zna, to z definicji to musi być chujowsze od tego, na czym się zna (czy przynajmniej mu się wydaje, że się zna).

Michał Wieczorek traci czas na dyskusję z Hartmanem, zamiast zastosować podejście Andrzeja Stasiuka odnośnie bycia recenzowanym przez Frondę (chyba w wywiadzie do Lampy, nie mam pod ręką) tudzież anegdotyczną reakcję nawalonego i nagle przebudzonego Marka Hłaski na głos Giedroycia w toczącej się w Maisons-Laffitte dyskusji nt. Gomółki:

A chuj mu w dupę, Panie Redaktorze!

Hartman nie jest dla mnie żadnym autorytetem muzycznym, ani odnośnie muzyki poważnej, ani ludowej. Jak już mam czytać coś na ten temat, to preferuję ludzi, którzy mają o tym pojęcie….

Czyli znowu wraca problem znaczenia „dobrego rzemiosła”, nie tylko w sztuce, ale i w pisaniu o niej…

3) Late-stage ból dupy disease

Bartek Sudalski z przykrością stwierdza, że Quietus się zachwyca nie tą muzyką polską, którą się powinien zachwycać. Czyli oni nie są tacy mądrzy i elitarni, jak nam Zulusom się wydawało, skoro się dali wziąć na lep działań promocyjnych Grzesia Kwiatkowskiego. Przysłowiowe News at 11. Tyle że co mnie kurwa obchodzi:
a) Trupa Trupa
b) Quietus
c) opinia b) o a)

Mają się „na nas Polakach poznać”? Wpisujcie miasta, które popierają… 🙄

Bartek Nowicki ma problem ze Stefanem Wesołowskim jako de best of 2017 oraz z zachowawczością plebiscytów in general. Mariusz Herma próbuje mu wytłumaczyć, na czym polega średnia arytmetyczna, ale Bartek domaga się ryzyka, spontaniczności i grania vabank. I doceniania skrajności.
No ale skrajności chyba z definicji są skrajnościami, czyli żeby słuchać z przyjemnością field recording czy brutalnego eskimoskiego noise, to trzeba mieć kapitał kulturowy, czas na poszukiwania kultury, kasę na oba wcześniejsze… I w ten sposób wracamy do elitaryzmu i edukacji.

M. in. Justyna Banaszczyk (w jednej z ciekawszych z wypowiedzi z multuma) narzeka na brak zainteresowania polską sceną na Zachodzie.
No przepraszam bardzo, ale jakie jest zainteresowanie sceną ormiańską w Polsce? I dlaczego niby miałoby być większe?
Może i Łomnicki był lepszym aktorem niż Brando, ale niestety mieszkał na prowincji…

O dość zabawnych i symptomatycznych okolicznościach sukcesu Starej Rzeki na Zachodzie pisał przecie redaktor Błaszczak w Polityce

Znowuż Bartek Nowicki protestuje przeciw dyktaturze klikalności, zwłaszcza w postaci generowania kontrowersji i kreowania tzw. shitstormów.

Po pierwsze, problem jest stary jak świat, vide linkowany przeze mnie film o Kathleen Hannie, która sporo tam opowiada o swoim wizerunku w mediach („zgwałcona przez ojca, więc nienawidzi mężczyzn!!!”), oraz działaniach tychże mediów, mających generować proto-kliki dzięki wywoływaniu tzw. catfightów (Hanna vs. Love, itd.). Ja też (nieświadomie) o tym pisałem na Zbędniku, prezentując „artykół” z jakiejś gadzinówki intelektualnej, gdzie „ałtorka” sprowadziła literacki portret Renaty Kaczoruk pióra Doroty Masłowskiej do próby wygenerowania ustawki między obiema paniami (osobiście postawiłbym kasę na Dorotę – kobieta, która była w stanie romansować jednocześnie z Jerzym Pilchem i Marcinem Świetlickim, musi mieć tzw. power).

Po drugie, dążenie do utrzymania merytorycznej debaty i unikania shistormów owocuje uwiądem tejże debaty, skoro wszyscy mają być dla siebie mili i prezentować odpowiedni poziom kultury i intelektu. Co prowadzi do jednej z kluczowych patologii w (nie tylko polskiej) okołomuzyce, czyli niebezpiecznych związków koleżeńsko-towarzyskich między artystami a dziennikarzami / blogerami. Jak zjebać płytę Piaska, skoro piłem z nim wódkę i komciował na moim blogasku? 😦
No a skoro cała ta „scena” to w porywach kilkadziesiąt osób, to żadnego klienta nie można przecież spisać na straty…

Ja tam prorokuję, że w dyskusjach netowych jeszcze wrócimy do Internetu 1.0, gdzie @pusssydestroyer69 prowadził merytoryczne debaty z @kasią72. Oczywiście każde z nich na VPNie albo TORze. Bo te całe portale społecznościowe to był jednak słaby pomysł…

(Tendecyjnie dobrane) powyższe głosy dupobólcze pobrzmiewają mi mocno niezgodą inteligięta na rzeczywistość.
A to przecież druga strona podobnej niezgody, zgłaszanej przez masy („państwo ma być dobrą panią przedszkolanką i chuj, ciapatyści do Syjamu!”), o czym pisała m. in. wspomniana Bielik-Robson czy Paweł Droździak (w jednym z ciekawszych zeszłorocznych tekstów nie tylko nt. POLSKI – polecam zwłaszcza fragment o Białowieży, który jest lepszą diagnozą problemów Polaków, niż 99% poważnych analiz naukowych). Świetnie pisał też o tym niedawno Bartek Kuźniarz.

Tyle mojego pierdolenia, nie zapomnijcie o subskrybowaniu kanału i lajkusiach.

W następnym wpisie będę recenzowała płaszcze Ani Lewandowskiej. 😀

Uwiąd starczy

W podsumowaniu rocznym po raz pierwszy będę pisał, że polskiej muzy specjalnie nie słuchałem. A czego słuchałem?

Ano, o ile poważni blogerzy muzyczni starają się trzymać rękę na pulsie i śledzić nowości, czym bardziej oryginalne, tym lepiej, to ja, jako niepoważny bloger, mogę sobie pozwolić na pewną dekadencję. Zainspirowałem się m. in. esejem jednego z najlepszych polskich pisarzy, Jerzego Stempowskiego, który w „O czernieniu papieru” tłumaczył się nieśmiało, dlaczego w ogóle dokłada swój kontent literacki do już istniejącego / wciąż powstającego. W przypadku muzyki problem jest identyczny. Rozumiem twórców, że tworzą (kasa, mus wewnętrzny), ale nie rozumiem, że niejednokrotnie są bardzo zdziwieni, że mało kogo to interesuje. Vide dąsy niektórych artystów oraz blogerów.

W moim przypadku niechęć do transgresywnego myślenia o muzyce jako ewolucji, potrzebującej wciąż świeżego spojrzenia i nowego głosu, który nadaje jej żywotności i istotności w czasie 😆 przejawiała się generalnie powrotem do staroci, zwłaszcza takich, z którymi mój dotychczasowy kontakt był niedostateczny. A już szczególnie mainstreamowych, bo w sumie czemu nie. Nowości nowościami, ale czas jest najlepszym sędzią „istotności”…

1)

Dużo słuchałem Beatlesów, bo wreszcie się dorobiłem starszych (pre- White Album) płyt w mono. Przeskok zarówno muzyczny jak i tekstowy między starymi płytami (do Help!) a: Rubber Soul, Revolver, Sierżantem Pieprzem i Magical Mystery Tour to kompletny kosmos nie tylko w „muzyce rozrywkowej”, ale w ogóle w sztuce. Już nigdy nie wrócą czasy, kiedy czterech kolesi z klasy generalnie robotniczej, dzięki systemowi edukacji i sile tzw. społeczeństwa obywatelskiego (orkiestry, wspólne muzykowanie, rewolucja obyczajowa) wyewoluowało z prostych grajków do kluczowych artystów w historii swojej gałęzi sztuki. A polscy inteligenci narzekają, że naród słucha disco polo. A czego ma słuchać, jak w szkole ma religię, w domu disco polo, w telewizji disco polo a w radiu ma ryja?

Jutuba nie podam, bo brak, ale można sobie za to poczytać serię fantastycznych esejów na temat trzech płyt Beatelsów, pióra Macieja Hena. Tylko trzeba mieć abonament Wyborczej… 😉

Revolver

Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Magical Mystery Tour

2)

Mnóstwo czasu poświęciłem dwóm zespołom na literkę B: Beastie Boys i Bikini Kill (i innym projektom KH). I to jeszcze zanim zajarzyłem, że KH + AH = Wielka Miłość.

Co do pierwszych, to nie ma co się tłumaczyć: jedna z najważniejszych ekip hiphopowych, a przy okazji kolesie, którzy dokonywali dekonstrukcji zjawiska jednocześnie z jego konstrukcją. 🙂 Jak się słucha „Paul’s Boutiqe”, z tekstami typu „I was making records when you were sucking your mother’s dick!” (R.I.P., MCA), tudzież „Rapunzel, Rapunzel, let down your hair, so I can climb up and get into your underwear„, to ciężko skumać problemy Kathleen Hanny (see below) z tym, że „wstydziła się, że jej facet śpiewał w latach 80-tych rzeczy typu Girls„. Toż to ironia była przecież… 🙄
Jak by to mistrz Bizon narysował:




Debiut to też był kosmos jak na 1986 (vide dominujący w tym okresie pudel-metal i synth-pop):



Potem już było jednak bardziej „hitowo”, a mniej „breakinggroundowo”. Ale przynajmniej mało płyt nagrali…

 

Co do Bikini Kill, to sceną Riot Grrrl jakoś tam interesowałem się od zawsze, a zwłaszcza od mementu, kiedy Everett True zbudował całą biografię Nirvany wokół opisu sceny Aberdeen – Olympia, a nie jakiegoś tam kurwa wieśniackiego „stołecznego” Seattle. First I was like „Dude…” 🙄 , ale w sumie trzeba przyznać kolesiowi rację, że Nirvana była nie tylko „Bitleasmi grandżu”, ale też najbardziej popularną kapelą kobiecego punka. Ciekawe co taki Thurston by na to powiedział…

Bikini Kill to nie tak niestety rzadki przypadek zespołu, który najlepsze rzeczy nagrał jeszcze przed oficjalnym debiutem „płytowym”:


Anyway, polecam film o Kathleen, czyli nie tylko autorce legendarnego donosu: „Kurt smells like Teen Spirit„.
Czy inteligentny artysta może być zajebistą, seksowną laską? You betcha! Fakt, że ostra feministka zarabiała na możliwość tworzenia swojej sztuki jako striptizerka, wiele mówi o tzw. roli artysty w społeczeństwie… A polscy muzycy by się chcieli utrzymywać ze swojej muzy. No bez jaj, vide chociażby Kristen (znaczy nie że są bez jaj, tylko że nawet oni się nie utrzymują…).

Oczywiście w 2013 to już musi być odbierane jako „wspomnienia weteranów / budowa pomnika”, ale dla osób, które skakały na koncertach Starych Singers to jest ciągle aktualne. Ciekawe, że we współczesnej kulturze niewiele z tych klimatów zostało, ale żeby się zaangażować, to laski musiałyby chyba najpierw odstawić Insta… Jedna Siksa wiosny jak na razie nie czyni, zwłaszcza artistically.

W filmie sporo miejsca zajmuje kwestia niezdiagnozowanej u Kathleen przewlekłej boreliozy, czyli słynnej choroby, przy której chorzy muszą wszystkim udowadniać, że nie „symulują”. Vide wywiad z Magdą Piekorz, która miała ten sam problem („przestań udawać, nic ci nie jest!).

Anyway, KH to świetna artystka, zaczynająca od wzorcowego pank roka (z fantastycznym – co nieczęste w genrze – wokalem i ciekawymi tekstami):


Przez „home recording”, sample i elektronikę:

Późniejsze pop-elektro-disko:


Po „powrót do gitary” w The Julie Ruin. Że o legendarnych „featuringach” nie wspomnę:

Niskie ukłony. A we wszystkim, co się pojawiło potem, można by się doszukać inspiracji Riot Grrrl, chociażby na zasadzie „We Can Do It!”:






3)

Mniej na B, ale dużo też słuchałem Brata Wayne’a. Kolejny kosmita, który zaczynał grając proto-punka way before it was cool:

Potem wpadł w czarną dziurę dragów i więzienia, czyli generalnie lat 70/80-tych.
By w latach 90-tych grać post… post? I pisać świetne „zaangażowane” teksty, do których tak wzdychają polscy blogerzy:








Jednocześnie Brother Wayne jest so indie, że go ani na RuTrackerze ani na SoulSiku we flaku nie mają.
How long shall they kill our prophets, while we stand aside and look?

😀

Jeszcze innych rzeczy słuchałem, ale może już starczy.
Preferowanych przez poważnych blogerów neopogańskiego hiphop-folku czy odgrywania śpiewów wielorybów na ośmiobitowym Atari, jako szanujący się dyskomuł starałem się raczej unikać… 😦